Crane’s Landing to miasteczko tętniące życiem. Codziennie, już od wczesnych godzin, mieszkańcy udają się do swych zajęć. Barman otwiera salon, panna Tracy sklep wielobranżowy, a z warsztatu pana Browna, słychać stukot kucia żelaza. Gwar i rozgardiasz przeplata się z dźwiękami muczenia krów i ujadania psów. Od czasu do czasu z salonu odezwie się pianino. Na rogu jakiś wyrostek sprzedaje „Ekspres Orleanu”, drąc się przy tym w niebogłosy. Obok pędem przejeżdża dyliżans pocztowy, mało nie wpadając na kolumnę żołnierzy. Niewolnicy idą do pracy, świadomi obserwujących ich poganiaczy. Może teraz grają w karty u Rosy, ale wystarczy jedna oznaka nieposłuszeństwa by zaświstał bat. Stary szeryf, ze swym pomocnikiem, przygląda się wszystkiemu czujnym okiem. Nigdy nie wiadomo kiedy pojawią się kłopoty. Ot typowy dzień w przyfortowym miasteczku.

Jednak ten poniedziałkowy ranek wyraźnie się różni. Miasteczko pogrążyło się w aurze napięcia i nerwowego wyczekiwania. Nienaturalna cisza spowiła je niczym całun. Mieszkańcy przywarli do okien, skryli się za beczkami lub inną osłoną.

Na głównej ulicy stoją naprzeciwko siebie dwie osoby. Zwarte, gotowe, łypiące groźnie na siebie spod kapeluszy. To desperados. Rozwiązują konflikt w jedyny akceptowalny dla nich sposób – przez pojedynek. Nikt nie wie, kto zaczął, o co poszło i czy sprawa warta jest życia. To się nie liczy. Liczy się tylko chwila pociągnięcia za spust. Tak się to robi na Zachodzie.

Atmosfera gęstnieje z każdą chwilą. Napięcie można już kroić nożem.

Wtem pada strzał. Głośny huk rozdziera kurtynę ciszy niczym grom.

Jedna z postaci pada. Kapelusz odsłania długie bląd włosy, skąpane w powiększającej się kałuży krwi.

– Mówiłem ci Betty, ja zabijam przed śniadaniem. – słychać szorstki głos dochodzący z ust drugiego rewolwerowca. Chowa, jakby od niechcenia broń, po czym, poprawiwszy kapelusz, udaje się w stronę salonu. Czas wypić.

Jeszcze chwilę trwa cisza. Jednak widać już pierwsze oznaki odprężania mieszkańców. Ludzie pomału wracają do swych zajęć. Zaczynają komentować zdarzenie, którego byli świadkami. Stopniowo do miasteczka znów wkrada się monotonia dnia codziennego. Grabarz zabrał zwłoki, w końcu miasto płaci mu za szybką i fachową robotę. Krew wsiąkła w piasek. Z salonu dobiega skoczna melodia.
I tylko kartka w sklepie panny Tracy, informująca o nowej parze butów, sugeruje, że dziś rano miało miejsce pewne zdarzenie.

Desperados Cię potrzebują śmiałku!
Lubisz przygody? Lubisz poczuć smak adrenaliny? Zatem nie zastanawiaj się dłużej i już dziś zasil szeregi bezwzględnych rewolwerowców!
Rekrutacja ciągle otwarta! Również do innych frakcji!

„Zabijam przed śniadaniem”