Słońce chyliło się ku zachodowi, ginąc powoli za wzniesieniami. Piękny zazwyczaj widok, przesłaniały dziś gęsto zbierające się chmury. Zanosiło się na burze. Podobnie jak w obozie Indian Houma.

Plemię to, które od niepamiętnych czasów zamieszkiwało pobliskie okolice, słynęło z wojowniczego charakteru. Niemniej jednak, od dobrych 15 lat między nimi a mieszkańcami Crane’s Landing panował pokój. Na początku nie było łatwo. Dochodziło do wzajemnych utarczek i sporów, które niejednokrotnie kończyły się przelaniem krwi. Wzajemne niezrozumienie i odmienność budziły strach każdej ze stron. Z czasem jednak miejsce niezrozumienia i wrogości zajęły ciekawość i wzajemne korzyści. Osadnicy i Indianie uczyli się od siebie nawzajem, wypracowując warunki pokojowego współistnienia. Teraz jednak kruche nici porozumienia teraz mogły zostać zerwane.

Wszystko za sprawą „żelaznego konia”, jak zaczęli nazywać kolej Indianie. Otóż owa maszyna, owe dziwne monstrum, miało puścić swoje stalowe kopyta poprzez święty dla Houma teren. Dla wielu z nich było to nie do zaakceptowania. Dla innych, równie licznych, nie było w tym problemu. I choć dziwny mechanizm budził niepokój każdego z Indian, to ci bardziej obeznani z osadnikami wiedzieli, że nie ma się czego obawiać. Czyż Blade Twarze nie miały kij strzelających ołowiem, kotłów gotujących wodę czy maszyn zapamiętujących za nich słowa? Niemniej jednak decyzja co zrobić w tej sprawie należała tak do plemienia jak i jego wodza.

Dziś Houma zebrali się przy ogromnym ognisku. Nie słychać jednak bębnów wzywających do tańca. Próżno również szukać gwaru życia codziennego. Zamiast tego nad obozowiskiem unosi się hałas rozumów i dysput. Ostatni z myśliwych wrócili wioząc ze sobą upolowane antylopy. Cym prędzej wstępnie oporządzili zdobycz i dołączyli do reszty pobratymców. Z najokazalszego tipi wyszedł wódz Houma wraz z szamanką i swoimi doradcami. Długo patrzył na swoich współplemieńców, a jego myśli krążyły wokół ich wspólnej przyszłości. Nim ogłosił swe postanowienie wysłuchał co mają do powiedzenia jego rodacy. Następnie usiadł, zapalił fajkę i pogrążył się w zadumie. Po dłuższej chwili przemówił. Jego wypowiedź była krótka ale bogata w treść. Przypomniał wszystkim o Przodkach. Przypomniał wszystkim o Duchach. Wyliczył ile krzywd i ile pomocy Houma otrzymali od Bladych Twarzy. A następnie zalecił czekanie. Jak na łowach, nim myśliwy upewni się czy gotów jest porwać się na zwierzynę, czy lepiej odpuścić polowanie. Aby lepiej ocenić swe szanse z osadnikami trzeba rozmawiać.

Houma przyjęli te słowa z mieszaniną spokoju i wdzięczności. A zatem czekamy. Czekamy co postanowią osadnicy. Nie ruszamy do wojny, lecz bacznie obserwujemy. Czekamy na błąd, jeśli nastąpi zaatakujemy.

W oddali zahuczał grom. A może Duch Niedźwiedzia zbudził się na łowy?

Zapraszamy wszystkich chętnych do frakcji Indian. Mężni wojownicy i dzielnie wojowniczki złączeni z duchami natury w odwiecznej walce o przetrwanie. Czy dojdzie do starcia z mieszkańcami Crane’s Landing? A może wszystko uda się załatwić na drodze pokoju? To zależeć już będzie tylko od was!

W obozie Houma